Podsumowanie postępów w maju i plan na czerwiec 2009
Tym razem krótko i na temat. W styczniu udało mi się pozbyć około 5 kilogramów. Z 96kg osiągałem poziom lekko ponad 90. Niestety późniejsze wydarzenia, chwilowe zaniechanie treningów i diety doprowadziły do kolejnego odbicia. Kiedy udało mi się ponownie zebrać i wystartować od początku maja waga wskazywała dokładnie 93,6kg. Udało mi się dość systematycznie ćwiczyć i trzymać jadłospis, więc efekty przyszły same. Ostatniego dnia moja waga wskazała dokładnie 88,0kg.
W treningu i diecie nie było nic odkrywczego. W zasadzie robiłem dokładnie to samo co w styczniu. Ćwiczenie na siłowni cyklem 4 dniowym. Niestety w tej materii miałem zdecydowanie mniej czasu niż chciałbym. W efekcie udało mi się odwiedzić siłownie ledwo 8 razy. Wynik raczej słaby, wychodzi po 2 razy na tydzień, standardowo staram się celować w minimum 12 wizyt w miesiącu. Nie atakowałem szczególnie specjalnych obciążeń. Bardzo uboga energetycznie dieta sprawia, że i tak bardzo ciężko mi się ćwiczy. Pełne wykonanie serii średnimi ciężarami to nie lada wyzwanie. Warto tylko nadmienić, że zmodyfikowałem plan tak, aby robić ćwiczenia na klatkę dwa razy w trakcie cyklu. Brzmi strasznie dresiarsko, aczkolwiek jak nadmieniałem wcześniej ta partia jest u mnie zdecydowanie z tyłu. Nie chodzi tutaj bynajmniej tylko o subiektywne odczucie kolesia po drugiej stronie lustra. Maksymalny ciężar jaki jestem w stanie podnieść dość mocno nie pasuje do wyników reszty partii mięśniowych. W szczególności chodzi o porównanie do przysiadów, czy martwego ciągu. Drugim tłumaczeniem tej sytuacji może być to, że mam zbyt rozwinięte plecy w stosunku do reszty. Z dwojga wole trzymać się wersji, że w czymś mam braki. Na pewno bardziej motywuje to do pracy niż samouwielbienie.
Aeroby w maju poszły wzorowo. Od pierwszego maja wdrożyłem wstawianie z budzikiem o 5:00 bez wyjątków (soboty i niedziele również). Pierwszą godzinę poświęcałem zawsze na rowerkowanie (pracując jednocześnie przy komputerze). Nie było dnia, kiedy opuściłbym aeroby, co więcej 3-4 zrobiłem je nawet dwukrotnie. Skoro mam siedzieć przed komputerem i pracować, to nie ma powodu, dlaczego nie miałbym w tym czasie pedałować. Po wielu tygodniach przyzwyczajania się, taki trening nie jest dla mnie ani trochę uciążliwy. Po paru minutach obracania wpadam w rutyne i mogę skupić się na pracy.
Do tego w maju doszło kilka wizyt na basenie. Przymierzałem się do tego od pewnego czasu, jednak w tym przypadku dostałem dodatkowego kopa. Od jakiegoś czasu doskwierał mi lekki ból w odcinku lędźwiowym. Nie kojarzyłem tego specjalnie z treningiem, ponieważ nigdy nie przypominał o sobie podczas wizyt na siłowni. Pojawiał się najczęściej w samochodzie, po dłużej chwili przebywania w tej samej pozycji. Zwaliłem to oczywiście na niewygodne siedzenia, ale postanowiłem dla świętego spokoju się przekonać. Lekarz (pozdrawiam) po bardzo krótkim opisie od razu wystawił diagnozę. Stwierdził, że mam pewnie słabiej rozwinięte mięśnie obręczy lędźwiowej i zalecił pływanie. Powiedział że po kilku tygodniach regularnego pływania przejdzie. Udało mi się zachować pokerface i przyjąć radę z pokorą, aczkolwiek wewnątrz momentalnie skasowałem cały autorytet lekarza. Przekazałem mu minimalną ilość informacji, na podstawie której wystawił opinię, bez jakiegokolwiek poważniejszego badania. Poza tym dość regularnie uprawiam sport. Nie dostrzegałem w tym żadnej logiki, jednak zalecenia potraktowałem dość poważnie i 7 razy udało mi się zawitać na pływali. Wizyta sprowadzała się u mnie do krótkiej rozgrzewki i przepłynięcia 500 metrów. Jak większość się zapewne domyśla, problem z bólem dolnej części pleców zniknął. Ogromny szacunek dla lekarza i wstyd że przez chwilę pycha przewyższyła lata praktyki i doświadczenia.
Z dietą nic specjalnego się nie wydarzyło. Nadal trzymałem się wyznaczonych godzin posiłków, które ze względu na nowy plan dnia musiałem nieco przetasować. Sześć posiłków, małe porcje, bez specjalnego liczenia kalorii. Polecam tą metodę tylko tym, którzy mają w tej materii duże doświadczenie. Jeżeli nie bardzo kojarzysz co ile może mieć kalorii, trzeba jeść z kartą i ołówkiem w ręku (chyba, że znajdzie się kolejny mega program na iPhone). Średnio zjadam coś między 1500-1800 kcal dziennie, przy okazji spalając między 300-400 na rowerku.
Może nie tryskam specjalnie entuzjazmem i radością, ale takie postępy w ciągu miesiąca to nic nadzwyczajnego. Mi udało się to osiągnąć już przynajmniej kilka razy. Zejście w dolne granice 80kg na pewno będzie dla mnie dużo większą dawką serotoniny. Takiej wagi nie udało mi się zobaczyć od przynajmniej 2 lat. Chodzę w ostatnich spodniach, które i tak nadają się już do śmieci, ale nie zamierzam nic z tym robić. W szafie czeka cała masa fajnych ciuchów, które będą na mnie idalne przy wadze 78kg.
Plan na czerwiec jest w zasadzie podobny. Zmieniać za dużo nie będę. Postaram się odwiedzać siłownię częściej, ale chroniczny brak czasu może mi to skutecznie utrudnić. Utrzymanie obecnego poziomu, czyli 2 wyjścia na tydzień będzie w miarę satysfakcjonujące. Wstawanie o 5 zdecydowanie zostaje. Mam wrażenie, że udaje mi się załatwić przynajmniej 5 razy więcej rzeczy niż wcześniej. Aeroby idealnie pasują do tego planu dnia. Określenie sensownego progu wyjścia z czerwca w kwestii wagi będzie dość trudne. Jesteśmy na końcu pierwszej tercji, a mi stuknęło już 86 z małym hakiem. Weightbot twierdzi, że tracę około 1,1kg na tydzień, więc 83kg w dniu 30 czerwca będzie realną i zarazem satysfakcjonującą granicą.