Postępy archiwalne
Po raz pierwszy na siłownie zaciągnął mnie kolega. Nie spodobało mi się. Miał duży staż treningowy i nie chciał mnie na starcie zrazić, dlatego zaplanował mi 2 tygodnie rozgrzewki. Pierwszego dnia robiłem partie mięśni klatki piersiowej. Wyciskanie na poziomej ławce robiłem samym gryfem (20kg), a i tak miałem problem z wykonaniem pełnej serii 10 powtórzeń. Przez następne 2 tygodnie nie było nawet mowy o kolejnych treningach. Powstałe w wyniku "wyciskania gryfem" zakwasy prawie uniemożliwiały mi normalne funkcjonowanie. Przygodę na siłowni skończyłem szybciej niż ją zacząłem, przynajmniej na kolejne 2-3 lata.
Łyk historii
Pierwsze poważniejsze próby odchudzania pojawiły się na początku 2005 roku, ale na dobrą sprawę nic konkretnego z tego nie wynikało. Walka z dietą, nieregularne bieganie, czy sezonowe wypady na siłownie. Do połowy 2006 roku udało mi się zrzucić 15 kilogramów - ze 118kg w styczniu'05, do 102kg na początku czerwca'06.

To zdjęcia robione podczas pierwszego poważnego odchudzania. Na zdjęciu z czerwca 2006 ważyłem 102kg, 14 tygodni później 75kg. Swoją drogą żałuję, że nie mam fotek z początków całej historii, czyli ze stycznia'05. Różnica byłaby jeszcze bardziej spektakularna. W sumie spadek ponad 15kg (z początkowych 118kg do 102kg) to też niebywale osiągnięcie, aczkolwiek na przestrzeni półtora roku nie robi już takiego wrażenia.
Treningi zarzuciłem gdzieś w okolicach listopada/grudnia 2006. Przez pół roku przyzwyczaiłem się do rygorystycznej diety, więc przez następne kilkanaście tygodni specjalnie się nie zmieniła. Ostatnie zdjęcie to jakieś 80kg, aczkolwiek zaraz po ponad miesiącu pływania na desce, więc nie narzekałem na brak ruchu. Wakacje w tropikach - wyjaśniam, gdyby ktoś posądzał mnie o to, że spaliłem się na mahoń w solarium.
Od tamtego czas zaczęła się równia pochyła. Coraz rzadsza aktywność, coraz mniej sensowne jedzenie i kontrola swojej wagi. Przez 18 miesięcy do końcówki 2008 roku udało mi się odrobić praktycznie całe 20kg (97kg w okolicach października'08). Grudzień zeszłego roku spędziłem na przymiarkach, planowaniu i okazyjnych wizytach na siłowni. Od początku stycznia 2009 przygoda zaczęła się praktycznie od nowa. Mam spory bagaż doświadczeń i zdążyłem rozeznać się w materiale. Nie muszę ślęczeć godzinami w internecie głowiąc się, która ze sprzecznych informacji ma więcej sensu.
Obecnie przypominam siebie z pierwszego zdjęcia. Mam nadzieję, ze za jakieś 3 miesiące znowu będę mógł przygotować sobie podobny zestaw imponujących fotek. Tym razem planuje też pójść krok dalej i zbudować w końcu trochę sensownej masy mięśniowej, zachowując przy tym jakieś 80cm w pasie.
Droga do sukcesu
Powyższe fotki przewinęły się przez różne fora, pokazywałem je znajomym. Często padało kilka podstawowych pytań. Nie chcę tutaj zbyt dokładnie objaśniać co i jak, ani też debatować nad wyższością jednych metod nad innymi. Opisze kilka suchych faktów, jak schudłem 25 kilo przez trochę więcej niż 3 miesiące.
Codziennie rano biegałem przez około 45 minut na czczo (po kawie), potem szedłem na siłownie. Trening wypadał mi około 4 razy na tydzień, ale aeroby robiłem codziennie. Oczywiście w tygodniu jak normalni ludzi musiałem iśc do pracy / na uczelnę, więc wykonanie powyższego zestawu figur wiązało się z pobudką o godzinie 5 rano. Po około miesiącu wykonałem pewne ruchy w programie i przestałem biegać na czczo na świeżym powietrzu. Zamiast tego rano szedłem na siłownie i aeroby wykonywałem na bieżni po skończonym treningu.
Jeżeli chodzi o ćwiczenia to by było na tyle. Samego treningu nie będę rozpisywał, bo nie ma to najmniejszego znaczenia. W skrócie - robiłem normalne 10 powtórzeń na serie i 9-12 serii na grupę mięśniowa. Trening miałem podzielony na 4 dni. Czasem zdarzyło mi się też zaliczyć dodatkowy basen lub coś podobnego. Muszę przyznać, ze tutaj byłem dość konsekwentny i raczej nie zdarzało mi się odpuścić treningu czy porannych aerobów.
Z dietą zresztą było podobnie. Jadłem dziennie 2g węglowodanów 2g białka i 0.6g tłuszczu na kilogram beztłuszczowej masy ciała. Podzielone na 6 posiłków dziennie dawało poniżej 300 kalorii na posiłek. Żadnych węglowodanów o wysokim indeksie glikemicznych poza posiłkiem po-treningowym, żadnych sosów, soków i innego badziewa, które dostarcza więcej kalorii niż się ludziom wydaje.
Suplementacja na tym etapie była prawie na zerowym poziomie. Fat burner domowej roboty do tego witaminy i izolat jako uzupełnienie diety.

Oczywiście samo zaplanowanie tego wszystko nie stanowi dużego problemu. Odpowiednia motywacja, zmiana swoich własnych przekonań i wiara w to, że jesteśmy w stanie zmusić się do rzeczy niemożliwych odgrywała kluczowe znaczenie. O tym jednak na pewno jeszcze zdarzy mi się napisać.
Notabene będę próbował od stycznia trzymać się podobnego schematu. Co z tego wyjdzie - zobaczymy.